Bałtycki rejs

Na bałtycki rejs, mój pierwszy po morzu rejs pod żaglami, wybrałem się będąc pod wpływem przygody kolegi Bartka, który latem przepłynął na pokładzie jachtu Nashachata II z Reykjawiku na Grenlandię.

Udało mi się namówić na wyjazd jednego z kolegów i tak, od czerwca z niecierpliwością czekaliśmy na koniec września. Termin taki podyktowany był dwoma powodami: po pierwsze nie było już w czerwcu innego terminu, a po drugie chciałem dostac w kość, a wiadomo, że pogoda wrześniowa jest bardziej kapryśna. Dodatkowo cena za rejs w tym terminie była nieco niższa niż w terminach letnich.

Bałtycki rejs

Nie zmienia to faktu, że w tygodniu poprzedzającym rejs miałem małego pietra. Czytanie o różnych katastrofach z udziałem jahctów żaglowych, czy tez oglądanie filmików kręconych podczas trudnych warunków tylko nakręcały spiralę strachu. Jak się potem okazało, zupełnie niepotrzebnie.

Rejs zaczynaliśmy w ośrodku Narodowego Centrum Żeglarstwa w Górkach Zachodnich. Początkowo mieliśmy płynąć wysłużonym ale dzielnym jachtem s/y Śniadecki. ostatecznie chętnych było tyle osób, że zostaliśmy podzieleni na dwie załogi. My z kolegą trafiliśmy na jacht typu Gibsea 422, a konkretnie na s/y Awentura. Jacht ten jest własnością prywatną i pewnie dzięki temu mimo 23 lat na karku jest w doskonałym stanie. Jego przewagą nad Śniadeckim był zdecydowanie komfort, w tym obsługa wszystkich żagli z kokpitu. Rolfok to już często standard ale z grotem rolowanym w maszcie i wygodą z tym związaną spotkałem się po raz pierwszy. Śniadecki natomiast lepiej spisuje się podczas dużej fali. Jest po prostu cięższy a ponadto ma lepiej rozłożony balast.

Zaokrętowanie nastąpiło w niedzielę i niestety, a może jak się później okaże na szczęście, tego dnia już nie udało nam się wypłynąć. Generalnie plan był taki by dotrzeć na Bornholm. Pierwotnie mieliśmy wypłynąć po południu/na noc w niedzielę, co jak pisałem się nie udało. W poniedziałek rano pokręciliśmy się chwilę po akwenie Wisły Śmiałej i wypłynęliśmy na Zatokę Gdańską. Trudno było mi ocenić zafalowanie ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jak na zatokę to było całkiem nieźle. Wiało około 5 B w dziób. Z biegiem czasu zarówno wiatr jak fale stawały się coraz większe. Z tego też powodu nasza prędkość zbliżania się do celu była bardzo mała. Dość powiedzieć, że normalnie w około 3 h można dostać się z Górek na Hel, a my po takim czasie byliśmy w około 1/2 drogi. Z tego też powodu kapitan postanowił o wpłynięciu do portu Helskiego. Aby osiągnąć cel musieliśmy najpierw wypłynąć nieco na otwarte morze i 'spaść' na południowy zachód do portu. Na otwartym morzy zaś warunki były już znacznie ciekawsze. Wiało 6-7 B a stan morza był około 4-5. Co to oznacza? Dość silny wiatr i fale wielkości 3-4 metrów. Bardzo mi się podobało, choć pewnie gdyby to był kolejny dzień rejsu inaczej bym postrzegał tą sytuację. To znaczy, nie była ona jakaś bardzo niebezpieczna i pewnie też by mi się podobało. Miałbym jednak świadomość, że nie jest to codzienność na morzu, jak mi się wtedy wydawało.

Do portu weszliśmy bez problemów, jednak prognozy na następny dzień nie były za wesołe. Kolejne decyzje miały zapaść rano. Niestety poranne informacje pogodowe nadal nie były sprzyjające. Dość powiedzieć, że rozpętał się sztorm i nawet w basenie portowym były całkiem niemałe fale. W związku z tym postanowiliśmy zwiedzić Muzeum Obrony Wybrzeża i podjąć decyzję wieczorem. Swoją drogą okazało się, że decyzja o nie wypływaniu w niedzielę wieczorem była przypadkowo trafiona. Plan był taki, że znaleźlibyśmy się w tej kipieli na pełnym morzu.

Bałtycki rejs

Wieczór przyniósł nieznaczną poprawę, a prognozy mówiły o uspokojeniu się zarówno wiatru jak i morza ok. 5 nad ranem. Koniec końców wypłynęliśmy o 7 rano. Fala była jeszcze spora i kierunek wiatru mało sprzyjający ale nie było już odwrotu. Ba, nie było chęci na odwrót!

Pierwsza wachta jaka mi się trafiła, to od razu 'psia wachta', która przypadała między 2 a 5 rano. Także pierwszy raz za sterem miałem okazję stanąć w nocy. Awentura ma bardzo czuły ster, co w połączeniu z zafalowaniem spowodowało, że w ciągu pierwszej minuty mojego sterowania niemalże zaczęliśmy wracać na Hel. Na szczęście udało mi się opanować łódkę i potem już sunęliśmy normalnym kursem.

Bałtycki rejs

Po zakończeniu swojej wachty zostałem jeszcze dwie godziny na pokładzie, żeby pomóc pierwszemu, który miał wachtę z Wiolą, którą niestety zmogła choroba morska. A potem już zasłużony sen.

Obudziłem się około dwie godziny przed dopłynięciem do wysepki Christanso. W zasadzie przyjęło się tak mówić na archipelag wysepek. Tak naprawdę nazwę tę nosi największa z nich, jedna z dwóch zamieszkanych wysp. Druga to Frederikso, połączona z główną wyspą mostem. Kanał pomiędzy wysepkami tworzy port, jedyny kontakt ze światem około stu mieszkańców archipelagu. To naprawdę urocze miejsce, na którym nie można budować nowych budynków, a anteny telewizyjne są pochowane wewnątrz budynków tak, żeby nic nie zaburzało sielskich widoków. Na wyspach nie ma źródeł słodkiej wody, dlatego też zbiera się deszczówkę w wielkich zbiornikach. To z kolei powoduje, że zabronione jest tam trzymanie psów czy kotów. Można natomiast hodować zwierzęta takie jak kury, czy kozy ale tylko w zamkniętych zagrodach. Ze zwierząt mniej użytecznych dozwolone są...świnki morskie.

Bałtycki rejs

Po dwóch godzinach szwendania się po wyspach ruszyliśmy w stronę Bornholmu, a konkretnie do Allinge. Droga zajęła nam około trzech godzin, a na miejscu czekał ciepły prysznic i oczywiście mała impreza przy dźwiękach 'Odyna'.

Następny dzień przeznaczony był całkowicie na zwiedzanie Allinge i okolic. Przeszliśmy się do nieczynnej latarni morskiej, z której widać południową Szwecję oraz drogę morską dla statków handlowych. Wejście na latarnie jest całkowicie bezpłatne. Kolejną atrakcją był nieczynny kamieniołom, z którego wróciliśmy na łódkę.

Zupełnie przypadkowo dowiedziałem się, że na Bornholmie żyją na wolności...Żubry. Co ciekawe zostały one sprowadzone z Białowieży, a w zeszłym roku dochowały się nawet potomstwa.

Bałtycki rejs

Ponieważ mieliśmy braki czasowe sielanka trwała do 19. O tej mniej więcej godzinie ruszyliśmy w drogę powrotną.Tym razem nocne wachty miałem od 20 do 23 oraz od 5 do 8 rano. Wiatr nam sprzyjał, więc szliśmy baksztagiem. Jedyny minus to spora fala boczna, przez za sterem trzeba było się nieźle gimnastykować.

Bez większych przygód i problemów dotarliśmy do Górek Zachodnich około 3 rano. Kapitan, który przez cały przelot z Bornholmu do Górek nie spał za wiele był padnięty ale mimo to nie obyło się bez małej imprezki, podczas której pozbyliśmy się z łódki resztek alkoholu.

I to był koniec przygody. Zleciało strasznie szybko. Żartowaliśmy nawet, że mamy zbiorową halucynację po grzybach które kupiliśmy na Helu i tak naprawdę nigdzie stamtąd nie wypłynęliśmy.

Bałtycki rejs

Jedno jest pewne-było warto! I jeśli wszystko pójdzie dobrze, za rok też płynę!

Aha, i zdecydowanie polecam Sail-Pol. Profesjonalizm i super podejście w każdym calu!

Komentarze

Popularne posty