Sverige #4
Tak jak obiecałem poprzednim razem napiszę trochę o „kulinariach”. Celowo piszę w cudzysłowie, gdyż ilość jedzenia jaką wzięliśmy ze sobą dzięki mojej przedsiębiorczej Żonie jest porażająca, a co za tym idzie zbyt wielu rzeczy do jedzenia kupować nie musimy. Coś tam jednak kupujemy, choćby pieczywo. Niestety jest ono w Szwecji dość drogie. Dość powiedzieć, że tani chleb kosztuje w przeliczeniu około 7 PLN. Przy czym w niczym nie przypomina naszego chleba. Przede wszystkim większość chlebów, a już na pewno te najtańsze zawierają syrop..nie wiem z czego i nie jest to dla mnie istotne, ważniejsze jest, że taki chleb z wędliną smakuje co najmniej dziwnie. Raz udało się Agnieszce kupić normalny chleb, naprawdę dobry ale kosztował około 12 PLN. Dość tanio można kupić bułki pszenne do samodzielnego podgrzania w piekarniku. Te smakują całkiem normalnie.
Ciekawą egzotyką jest napój o nazwie Julmust. Trafiliśmy na niego nie przypadkowo. Otóż napój ten sprzedawany jest wyłącznie w okresie świątecznym i jest to swego rodzaju tradycja. Oczywiście jako oszczędni Polacy nie mogliśmy oprzeć się poświątecznym wyprzedażom tegoż napoju. Z wyglądu przypomina on kolę i w zasadzie smakuje podobnie tylko, moim zdaniem (a ja koli nie lubię), lepiej. Z tego co udało mi się doczytać napój ten wymyślił na początku XX wieku jakiś Amerykanin i miał on (napój nie kowboj) pomagać w walce z alkoholizmem. W smaku ma bowiem przypominać ciemne, lekko słodkie piwo. No wersja którą posiadaliśmy nie do końca tak smakowała, aczkolwiek jakąś nutę słodu na pewno dało się wyczuć. Generalnie super pasuje do Bourbona nieźle do whisky. Pisałem, że spożywanie tego napoju w Święta Bożego Narodzenia to tradycja. I to jaka. Dość powiedzieć, że sprzedaż coca coli w okresie świąt spada nawet o 50 procent.
Szwedzi mają też sporo dobrych słodyczy jak choćby czekoladowe kulki, trochę przypominające nasze bajaderki. Pycha. No i cukierki anyżowe, ale to już dla miłośników, ja akurat lubię. A propos anyżu, mają też wódkę anyżową.
We wtorek byliśmy z kolegami z pracy w knajpie także miałem okazję spróbować ichniejszego, normalnego piwa. Ba nawet regionalnego z Linköping. Ceny piwa w pubie zaczynają się od około 30 PLN…także tanio nie jest. Za niewiele większą kwotę kupimy w monopolowym 6-cio pak puszkowego niemieckiego lagera. O ile zdążymy do sklepu. W Linköping sklepy monopolowe są dwa, jeden w centrum miasta, a drugi w centrum handlowym. Sklepy takie w tygodniu otwarte są od 9 do 18, a w soboty od 10 do 15. W niedziele są zamknięte. Wracając jednak do wtorkowego piwa. Szczególnie to regionalne było naprawdę dobre. Co jeszcze ciekawsze zaskoczyła mnie ilość osób w pubie. A niby taki sztywny naród.
Poza siedzeniem w knajpach, a raczej przede wszystkim, Szwedzi dużo czasu spędzają na świeżym powietrzu, którego zresztą im nie brakuje ze względu na wszechobecne, potężne lasy. Nie tylko biegają i jeżdżą na rowerach niezależnie od pory roku ale też spacerują, urządzają grille, lepią bałwany czy zjeżdżają na sankach. Poniżej zdjęcie miejsca znajdującego się jakieś 25 minut od naszego domu, który położony jest w zasadzie w centrum. Mają trochę łatwiej z wyjściem ‘do przyrody”.
W ostatni weekend, w sobotę zahaczyliśmy o malutki kawałek rezerwatu znajdującego się na południe od miasta. Malutki, bo poszliśmy tam pieszo. Być może w następny weekend pojedziemy zobaczyć południową część tego rezerwatu. W każdym razie, blisko miasta znajdują się miejsca, które przypominają nawet nasz Beskid Niski. Jest dziko, naprawdę. I są nawet pagóry, choć charakter lasów bardziej przypomina wyższe partie Karpat, więcej jest drzew iglastych. Zdarzają się też potężne głazy, co z kolei przypomina Sudety. Ot, takie pomieszanie z poplątaniem. A tak serio, przyroda tutaj…chciałoby się wrócić wiosną bądź latem z rowerem. Kto wie.
W niedzielę pojechaliśmy kilka kilometrów na północ, nad jezioro Roxen, a dokładnie do miejscowości Berg, w której znajdują się śluzy należące do kanału Gotyjskiego (Göta Kanal). Kanał ten ciągnie się od Bałtyku w głąb Szwecji i jest najdłuższym śródlądowym kanałem wodnym w tym kraju. Jest on swoistą atrakcja turystyczną…w cieplejsze dni. Ale nawet zimą miło się przechadzało wzdłuż tego cieku. Ponoć w dwóch miejscach kanał biegnie akweduktami nad drogami. Taka wycieczka parostatkiem po akwedukcie to mogłoby być coś.
Trudno uwierzyć, że jesteśmy tu już cztery tygodnie ale wciąż kolejne cztery przed nami. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze o czym pisać. Jeśli tak, to na pewno nie omieszkam.
Jak zawsze nowe zdjęcia znajdziecie tutaj.
Komentarze