Sverige #1
Jak już pisałem w poście noworocznym, na początku stycznia czekała nas podróż do Szwecji. Wiele osób „podziwiało” nas za decyzję jechania tak daleko z czteromiesięczną córką. Piszę „podziwiało”, bo w wielu przypadkach było to zapewne pukanie się w czoło. Cóż, nie takie podróże nawet z młodszymi niemowlakami ludzie uprawiają.
Nie zmienia to faktu, że wraz ze zbliżającą się podróżą jakiś tam stres był. W zasadzie największy dotyczył, przynajmniej w moim przypadku, tego na co nie mieliśmy wpływu, czyli oczekiwania na wjazd na prom. Resztę dało się samemu logistycznie tak zorganizować, żeby Karolinka jak najmniej się wymęczyła, a jednocześnie żeby dojechać na czas.
Prom mieliśmy dopiero o 19.30, a przyjechać do portu musieliśmy godzinę wcześniej. Postanowiliśmy nie tylko dać sobie dużo czasu na dojazd do trójmiasta ale i zaanonsować się u znajomego na 16.30 tak, żeby Karolcia mogła swobodnie, poza fotelikiem spędzić trochę czasu. Do tego mieliśmy dzięki temu posunięciu spory bufor czasowy na wypadek, gdyby jednak podróż obfitowała w wiele postojów w trasie. Wtedy po prostu pojechalibyśmy prosto na prom.
Rzeczywistość okazała się znacznie lepsza niż mogliśmy przypuszczać. Zrobiliśmy jeden długi, około godzinny postój w McDonaldzie na autostradzie i kolejny, równie długi u kolegi. Córa była najedzona, na bieżąco przewijana i wyglądała na szczęśliwą.

Gdy podjechaliśmy do terminalu promowego zapytałem czy nie dałoby się troszkę szybciej wjechać, bo mamy w aucie małe dziecko. Nie wiem do końca czy to moje pytanie spowodowało, ale obsługa promu tak sprawnie nas poprowadziła, że po około 15 minutach byliśmy na promie i na dodatek auto stało na dziobie, dzięki czemu wiedzieliśmy, że będziemy zjeżdżać z promu jako jedni z pierwszych.
Rodzina w kajucie:

I w restauracji na promie:
Na Bałtyku szalał sztorm ale na promie nie było to jakoś mocno odczuwalne. Lekko kołysało do snu, co w zasadzie było przyjemne. Za to jak wyszedłem na zewnętrzny pokład…ogień!
I tak szczęśliwie dotarliśmy do Szwecji. Co ciekawe ta część podróży okazała się najgorsza. Szwecja przywitała nas zimową aurą, co w zasadzie było wspaniałe, bo i kraj naprawdę piękny. Potężne lasy, piękne pejzaże itd. Tylko, że drogi w takich warunkach były fatalne. Dużo lodu, śniegu, generalnie niebezpiecznie. No niestety ale muszę przyznać, że u nas przy podobnych warunkach atmosferycznych drogi są w znacznie lepszym stanie. Spowodowało to, że jechaliśmy do celu dobrych sześć godzin zamiast około czterech. Żeby nie było, że to my tak melepeciliśmy dodam, że autochtoni w znakomitej większości osiągali prędkości zbliżone do naszych.
Na miejscu w Linkoping czekało na nas wygodne, trzypokojowe mieszkanie, ze schowkiem na wózek i wiele innych pierdół oraz komórką na parterze, w której trzymam rower. Co prawda mieszkanie jest na czwartym, czyli w naszej nomenklaturze trzecim (w Szwecji nie ma czegoś takiego jak parter) piętrze ale jest duża winda, także na spacer z wózkiem wychodzimy sobie prosto z mieszkania. Super wygodna sprawa. Do tego duża kuchnia, w której spokojnie mieści się stół na sześć osób, salon i dwie duże sypialnie, w sumie około 85 metrów do sprzątania…

Poza tym do centrum jest jakiś kwadrans, do pracy mam około pięciu kilometrów ale to akurat dość blisko bo Ericsson ma swoje miasteczko technologiczne trochę obok miasta. Około piętnastu minut jest też do sporego parku, który jest rezerwatem przyrody.

Generalnie za dużo na razie nie widzieliśmy, choć na spacerze w centrum już byliśmy. Miasto wygląda bardzo ładnie, jak to w Skandynawii: jest czysto i schludnie. Jedyne co in minus mi się rzuca w oczy to stan dróg i chodników o czym już częściowo wspominałem. Najwyraźniej Szwedzi wychodzą z założenia, że jak jest zima to musi być…ślisko. W końcu skądś mają tak dobrych hokeistów. A propos, to w Linko jest pierwszoligowa drużyna hokejowa, na której mecz zamierzam się wybrać. Z ciekawych miejsc, o których do tej pory się dowiedziałem jest też muzeum lotnictwa z symulatorem Gripena, a także „żywy” skansen w środku miasta, położony jakieś 20 minut drogi od nas. Mamy dwa miesiące więc myślę, że te jak i jeszcze kilka innych miejsc zwiedzimy.
Co do samej pracy, na razie jest bardzo ok. Biorąc pod uwagę, że uczę się zupełnie nowych rzeczy to nie mam na razie żadnych problemów. Choć to dopiero drugi dzień to już naprawdę sporo się dowiedziałem mimo, że nie ma jakiegoś ciśnienia, czy pośpiechu. Swoją drogą serwerownie tutaj robią wrażenie! Można się zgubić.
Ok, starczy jak na pierwszy wpis ze Szwecji. Mam nadzieję, że z następnym będę miał już trochę więcej zdjęć.
Nie zmienia to faktu, że wraz ze zbliżającą się podróżą jakiś tam stres był. W zasadzie największy dotyczył, przynajmniej w moim przypadku, tego na co nie mieliśmy wpływu, czyli oczekiwania na wjazd na prom. Resztę dało się samemu logistycznie tak zorganizować, żeby Karolinka jak najmniej się wymęczyła, a jednocześnie żeby dojechać na czas.
Prom mieliśmy dopiero o 19.30, a przyjechać do portu musieliśmy godzinę wcześniej. Postanowiliśmy nie tylko dać sobie dużo czasu na dojazd do trójmiasta ale i zaanonsować się u znajomego na 16.30 tak, żeby Karolcia mogła swobodnie, poza fotelikiem spędzić trochę czasu. Do tego mieliśmy dzięki temu posunięciu spory bufor czasowy na wypadek, gdyby jednak podróż obfitowała w wiele postojów w trasie. Wtedy po prostu pojechalibyśmy prosto na prom.
Rzeczywistość okazała się znacznie lepsza niż mogliśmy przypuszczać. Zrobiliśmy jeden długi, około godzinny postój w McDonaldzie na autostradzie i kolejny, równie długi u kolegi. Córa była najedzona, na bieżąco przewijana i wyglądała na szczęśliwą.
Gdy podjechaliśmy do terminalu promowego zapytałem czy nie dałoby się troszkę szybciej wjechać, bo mamy w aucie małe dziecko. Nie wiem do końca czy to moje pytanie spowodowało, ale obsługa promu tak sprawnie nas poprowadziła, że po około 15 minutach byliśmy na promie i na dodatek auto stało na dziobie, dzięki czemu wiedzieliśmy, że będziemy zjeżdżać z promu jako jedni z pierwszych.
Rodzina w kajucie:
I w restauracji na promie:
Na Bałtyku szalał sztorm ale na promie nie było to jakoś mocno odczuwalne. Lekko kołysało do snu, co w zasadzie było przyjemne. Za to jak wyszedłem na zewnętrzny pokład…ogień!
I tak szczęśliwie dotarliśmy do Szwecji. Co ciekawe ta część podróży okazała się najgorsza. Szwecja przywitała nas zimową aurą, co w zasadzie było wspaniałe, bo i kraj naprawdę piękny. Potężne lasy, piękne pejzaże itd. Tylko, że drogi w takich warunkach były fatalne. Dużo lodu, śniegu, generalnie niebezpiecznie. No niestety ale muszę przyznać, że u nas przy podobnych warunkach atmosferycznych drogi są w znacznie lepszym stanie. Spowodowało to, że jechaliśmy do celu dobrych sześć godzin zamiast około czterech. Żeby nie było, że to my tak melepeciliśmy dodam, że autochtoni w znakomitej większości osiągali prędkości zbliżone do naszych.
Na miejscu w Linkoping czekało na nas wygodne, trzypokojowe mieszkanie, ze schowkiem na wózek i wiele innych pierdół oraz komórką na parterze, w której trzymam rower. Co prawda mieszkanie jest na czwartym, czyli w naszej nomenklaturze trzecim (w Szwecji nie ma czegoś takiego jak parter) piętrze ale jest duża winda, także na spacer z wózkiem wychodzimy sobie prosto z mieszkania. Super wygodna sprawa. Do tego duża kuchnia, w której spokojnie mieści się stół na sześć osób, salon i dwie duże sypialnie, w sumie około 85 metrów do sprzątania…
Poza tym do centrum jest jakiś kwadrans, do pracy mam około pięciu kilometrów ale to akurat dość blisko bo Ericsson ma swoje miasteczko technologiczne trochę obok miasta. Około piętnastu minut jest też do sporego parku, który jest rezerwatem przyrody.
Generalnie za dużo na razie nie widzieliśmy, choć na spacerze w centrum już byliśmy. Miasto wygląda bardzo ładnie, jak to w Skandynawii: jest czysto i schludnie. Jedyne co in minus mi się rzuca w oczy to stan dróg i chodników o czym już częściowo wspominałem. Najwyraźniej Szwedzi wychodzą z założenia, że jak jest zima to musi być…ślisko. W końcu skądś mają tak dobrych hokeistów. A propos, to w Linko jest pierwszoligowa drużyna hokejowa, na której mecz zamierzam się wybrać. Z ciekawych miejsc, o których do tej pory się dowiedziałem jest też muzeum lotnictwa z symulatorem Gripena, a także „żywy” skansen w środku miasta, położony jakieś 20 minut drogi od nas. Mamy dwa miesiące więc myślę, że te jak i jeszcze kilka innych miejsc zwiedzimy.
Co do samej pracy, na razie jest bardzo ok. Biorąc pod uwagę, że uczę się zupełnie nowych rzeczy to nie mam na razie żadnych problemów. Choć to dopiero drugi dzień to już naprawdę sporo się dowiedziałem mimo, że nie ma jakiegoś ciśnienia, czy pośpiechu. Swoją drogą serwerownie tutaj robią wrażenie! Można się zgubić.
Ok, starczy jak na pierwszy wpis ze Szwecji. Mam nadzieję, że z następnym będę miał już trochę więcej zdjęć.
Komentarze