Podsumowanie początku roku 2017
Wiem, wiem, powinienem pisać przede wszystkim o dłuższych, ciekawszych wycieczkach. Ale, biorąc pod uwagę pogodę, oraz fakt, że w międzyczasie wywiozłem oba rowery do domu, w którym mam nadzieję niedługo zamieszkać to jednak każda z 4 odbytych przejażdżek była na swój sposób ciekawa. No i w sumie jest "już" troszkę ponad 200 km w tym roku.
Zatem, jedziemy. Zima dłużyła mi się w tym roku niesamowicie. Więc gdy tylko drogi mniejsze niż wojewódzkie zaczynały przypominać asfalt, postanowiłem, że już czas na rower! Ponieważ prawie każdy weekend ostatnio spędzam w domu, w którym a to maluję ściany, a to wykonuję inne prace zbliżające nas do przeprowadzki, pomyślałem, że wywiozę MTB tam i po skończonej pracy przejadę się po okolicznych lasach. Nieco jednak zweryfikowałem swoje zapędy. Po wjechaniu w las okazało się, że opony High Roller co prawda świetnie dają radę w śniegu ale...no to nie są jednak łódzkie Łagiewniki, gdzie nawet zimą ścieżki są w miarę przetorowane przez spacerowiczów. Śnieg był głęboki, a pod nim różne niespodzianki. Po około kilometrze młócki postanowiłem zawrócić i pojechać asfaltami. Tak czy siak, 20km to zawsze coś w takich warunkach.

Dzień później, już z mieszkania w Łodzi, postanowiłem pojechać przełajem asfaltami przez Łagiewniki, a potem dobrze znaną drogą w kierunku Dobrej. Z tym, że po doświadczeniach z poprzedniego dnia, nie jechałem ulicą Serwituty przez las i potem szutrowe drogi, tylko wybrałem opcję z jak największym udziałem asfaltów.
Początek był obiecujący, nawet przejazd ścieżką obok szpitala, w kierunku ulicy prowadzącej do cmentarza, był całkiem przyjemny. Ale wspomniana ulica...szutrowa zresztą była tak oblodzona, że strasznie się namęczyłem żeby nie zaliczyć gleby. Wiedząc jednak, że to tylko kawałek, a potem przecież czekają mnie asfalty, parłem dalej. Niestety, asfalty którymi chciałem jechać także nie były za ciekawe. Mnóstwo lodu skutecznie utrudniało jazdę. Wróciłem więc korzystając z krajówki 71 i ulicy Przyklasztorze. Miało być ponad 40 km, było 34 ale i tak, jak na panujące warunki, nie było źle.

Na kolejne próby przyszło mi czekać dwa tygodnie i jeden dzień. 27 lutego robiłem coś w domu. Dzień wcześniej wywiozłem tam przełaja. O 15, po pracy wsiadłem na rower i pojechałem na wycieczkę. Tym razem śniegu już nie było wcale. No i trasa w większości zupełnie nieznanymi drogami. Same asfalty, część bardzo mało uczęszczanych, wąskich. Super sprawa. 43 km pykło, morda się cieszyła, plecy bolały - jak to zwykle bywa na początku sezonu.

I wreszcie przyszedł pierwszy weekend marca. Cały spędzony w domu, na różnych pracach, a popołudniami, na rowerze. W sobotę zupełna eksploracja. 95% trasy nieznana i kilka naprawdę fajnych miejsc. Tym razem już nie tylko asfalty ale i dukty leśne, polne drogi (a raczej błota) i szutry. 'Kocham przełaja' kołatało się w głowie niemal cały czas. 65 km przyjemności. Jedyny problem był taki, że dzień jest jeszcze krótki i miałem dość mały margines błędu, a drogi, jak już pisałem, nie znałem prawie wcale. Garmin spisywał się rewelacyjnie i gdyby nie on, pewnie wróciłbym po ciemku. Jednak i tak były małe problemy. Po pierwsze drogi, którymi miałem jechać na początku trasy okazały się nieprzejezdne. Chyba, że rowerem wodnym. Trochę czasu zajęło mi więc szukanie alternatyw. Poza tym, okazało się, że mapa którą mam załadowaną na Garminie ma też błędy (OSM) i niektórych dróg, którymi miałem jechać...w ogóle nie było. Ale możliwość spojrzenia na Garminie i szukania alternatywy okazała się bezcenna.

Fajna przygoda spotkała mnie też prawie pod koniec, jakieś 15 km od domu. Wiedziałem, że będę jechał przez las i w tym lesie przekraczał tory kolejowe. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom ukazał się w samym środku lasu strzeżony przejazd kolejowy z opuszczonymi szlabanami.
Zsiadłem z roweru coby rozsprostować kości, rozglądam się, widok wzdłuż torów po horyzont, a pociągu neni. Nagle słyszę zza pleców głos 'halo, halo'. Odwracam się, a tam na słupie głośniczek. Podchodzę, a damski głos do mnie: 'proszę nie przechodzić, będzie osobowy'. Okazało się, że przejazd jest monitorowany, a pani widząc, że się rozglądam, pomyślała, że coś kombinuję :).
Permanentna inwigilacja. Nawet w środku lasu.
Następnego dnia ponad 40 km również częściowo nowymi drogami i wyszło, że tydzień zamknąłem z ponad 140 km a w tym roku jest "już" 205 km. Oby tylko pogoda dopisywała i wykańczanie domu szło do przodu, to i przyrost km będzie większy!
Poniżej relive z najdłuższej z opisanych wycieczek.
[video width="1280" height="960" mp4="https://video.relive.cc/strava_888160221_1488705570841.mp4"][/video]
Zatem, jedziemy. Zima dłużyła mi się w tym roku niesamowicie. Więc gdy tylko drogi mniejsze niż wojewódzkie zaczynały przypominać asfalt, postanowiłem, że już czas na rower! Ponieważ prawie każdy weekend ostatnio spędzam w domu, w którym a to maluję ściany, a to wykonuję inne prace zbliżające nas do przeprowadzki, pomyślałem, że wywiozę MTB tam i po skończonej pracy przejadę się po okolicznych lasach. Nieco jednak zweryfikowałem swoje zapędy. Po wjechaniu w las okazało się, że opony High Roller co prawda świetnie dają radę w śniegu ale...no to nie są jednak łódzkie Łagiewniki, gdzie nawet zimą ścieżki są w miarę przetorowane przez spacerowiczów. Śnieg był głęboki, a pod nim różne niespodzianki. Po około kilometrze młócki postanowiłem zawrócić i pojechać asfaltami. Tak czy siak, 20km to zawsze coś w takich warunkach.
Dzień później, już z mieszkania w Łodzi, postanowiłem pojechać przełajem asfaltami przez Łagiewniki, a potem dobrze znaną drogą w kierunku Dobrej. Z tym, że po doświadczeniach z poprzedniego dnia, nie jechałem ulicą Serwituty przez las i potem szutrowe drogi, tylko wybrałem opcję z jak największym udziałem asfaltów.
Początek był obiecujący, nawet przejazd ścieżką obok szpitala, w kierunku ulicy prowadzącej do cmentarza, był całkiem przyjemny. Ale wspomniana ulica...szutrowa zresztą była tak oblodzona, że strasznie się namęczyłem żeby nie zaliczyć gleby. Wiedząc jednak, że to tylko kawałek, a potem przecież czekają mnie asfalty, parłem dalej. Niestety, asfalty którymi chciałem jechać także nie były za ciekawe. Mnóstwo lodu skutecznie utrudniało jazdę. Wróciłem więc korzystając z krajówki 71 i ulicy Przyklasztorze. Miało być ponad 40 km, było 34 ale i tak, jak na panujące warunki, nie było źle.
Na kolejne próby przyszło mi czekać dwa tygodnie i jeden dzień. 27 lutego robiłem coś w domu. Dzień wcześniej wywiozłem tam przełaja. O 15, po pracy wsiadłem na rower i pojechałem na wycieczkę. Tym razem śniegu już nie było wcale. No i trasa w większości zupełnie nieznanymi drogami. Same asfalty, część bardzo mało uczęszczanych, wąskich. Super sprawa. 43 km pykło, morda się cieszyła, plecy bolały - jak to zwykle bywa na początku sezonu.
I wreszcie przyszedł pierwszy weekend marca. Cały spędzony w domu, na różnych pracach, a popołudniami, na rowerze. W sobotę zupełna eksploracja. 95% trasy nieznana i kilka naprawdę fajnych miejsc. Tym razem już nie tylko asfalty ale i dukty leśne, polne drogi (a raczej błota) i szutry. 'Kocham przełaja' kołatało się w głowie niemal cały czas. 65 km przyjemności. Jedyny problem był taki, że dzień jest jeszcze krótki i miałem dość mały margines błędu, a drogi, jak już pisałem, nie znałem prawie wcale. Garmin spisywał się rewelacyjnie i gdyby nie on, pewnie wróciłbym po ciemku. Jednak i tak były małe problemy. Po pierwsze drogi, którymi miałem jechać na początku trasy okazały się nieprzejezdne. Chyba, że rowerem wodnym. Trochę czasu zajęło mi więc szukanie alternatyw. Poza tym, okazało się, że mapa którą mam załadowaną na Garminie ma też błędy (OSM) i niektórych dróg, którymi miałem jechać...w ogóle nie było. Ale możliwość spojrzenia na Garminie i szukania alternatywy okazała się bezcenna.
Fajna przygoda spotkała mnie też prawie pod koniec, jakieś 15 km od domu. Wiedziałem, że będę jechał przez las i w tym lesie przekraczał tory kolejowe. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom ukazał się w samym środku lasu strzeżony przejazd kolejowy z opuszczonymi szlabanami.
Następnego dnia ponad 40 km również częściowo nowymi drogami i wyszło, że tydzień zamknąłem z ponad 140 km a w tym roku jest "już" 205 km. Oby tylko pogoda dopisywała i wykańczanie domu szło do przodu, to i przyrost km będzie większy!
Poniżej relive z najdłuższej z opisanych wycieczek.
[video width="1280" height="960" mp4="https://video.relive.cc/strava_888160221_1488705570841.mp4"][/video]
Komentarze