Przez Kazimierz, Lichawę Do Górnej Woli i powrót przez Chorzeszów i Górkę Pabianicką
Urodziny należy uczcić. Ponoć. Mi akurat w tym roku wypadły w weekend, więc idealnie. Plan był taki, żeby zrobić wycieczkę w sobotę, a wieczorem balet. Z sobotniego planu, przez pogodę, wyszedł tylko balet. A to oznaczało, że reszta planu będzie realizowana w niedzielę, w prawdopodobnie kiepskiej dyspozycji.
I tak też było. Słabo silny byłem tego dnia, ale słoneczko ładnie świeciło, na termometrze jakieś 18-19 st C, czyli tak jak lubię. Tylko wiatr spory ale co tam.

Już dawno miałem ochotę pojechać drogą, którą częściowo dobrze znałem jeszcze sprzed jakichś 15 lat gdy moi rodzice mieszkali przez pewien czas we wsi Lichawa koło Szadku. Wtedy to raz na jakiś czas jeździłem do nich do domu na swoim Treku 830. Część asfaltową tej drogi znałem dość dobrze z szosy, ale co do części leśnych, cóż byłem ciekawy ile i czy coś się pozmieniało. Bo, i owszem, lasy też się zmieniają. Te, które ja przejechałem zmieniły się, z perspektywy rowerzysty, na gorsze. Przede wszystkim piach. Dużo piachu. Na tyle dużo, że chyba tylko fatbike'm dałoby się przejechać. Więc, jak na wycieczkę rowerową, sporo było z buta. Normalnie z tych kilku odcinków bym się wycofał i szukał alternatywy, ale uparłem się więc brnąłem miejscami po kostki w piachu, byle do celu. Jak piachu było mniej to dało się jechać tak 16-17 km/h. No łba nie urywało. Jak już wydostałem się z lasu między Jerwonicami a Piorunówkiem (a i wcześniej w lasku pomiędzy Żabiczkami a Babicami trochę było odcinków pieszych..) to bardzo kiepskim asfaltem (nic się nie zmieniło) rzeźbiłem pod ostry wiatr. Za Lichawą było już lepiej, wiatr miałem z boku i nieco z tyłu więc zaczęło sie nadrabianie średniej ;). Dalsza część drogi to już była zupełna nowość dla mnie.

Za Górną Wolą odcinek po mega kiepskim bruku jakiego nie powstydziliby się pewnie na Paryż-Roubaix, a potem znów asfalty. I tu, a dokładnie miedzy Wilamowem a Chorzeszowem był chyba najfajniejszy odcinek tej wycieczki! Najpierw wąski, gładziudki asfalt przez bardzo urokliwy las, a potem szybki szuter. Generalnie cały czas 27-30 km/h na liczniku. Chyba, że akurat robiłem przypadkową fotę ;).

Dalsza część drogi to już znane asfalty w kierunku Kudrowic i powrót do domu przez Górkę Pabianicką i znienawidzona ulicę Maratońską...ta diablica ma to do siebie, że w stronę centrum miasta jest ciągle lekko pod górę, a do tego asfalt na poboczu pozostawia często wiele do życzenia. A że na dodatek najczęściej tamtędy się wraca, a nie zaczyna wycieczkę więc można naprawę mieć dość.
Czy warto było męczyć się przez te piachy? Jasne! Każda minuta na rowerze zwiększa nasze umiejętności. Starałem się w tym cholernym piachu jechać gdy tylko się dało. I co? I jeszcze tego samego dnia były odcinki z piachem, które jeszcze do niedawna przejechałbym znacznie ostrożniej i co za tym idzie wolniej niż miało to miejsce po opisanych przygodach. Innymi słowy sprawdza się stara prawda: trzeba jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć ile się da!
I tak też było. Słabo silny byłem tego dnia, ale słoneczko ładnie świeciło, na termometrze jakieś 18-19 st C, czyli tak jak lubię. Tylko wiatr spory ale co tam.
Już dawno miałem ochotę pojechać drogą, którą częściowo dobrze znałem jeszcze sprzed jakichś 15 lat gdy moi rodzice mieszkali przez pewien czas we wsi Lichawa koło Szadku. Wtedy to raz na jakiś czas jeździłem do nich do domu na swoim Treku 830. Część asfaltową tej drogi znałem dość dobrze z szosy, ale co do części leśnych, cóż byłem ciekawy ile i czy coś się pozmieniało. Bo, i owszem, lasy też się zmieniają. Te, które ja przejechałem zmieniły się, z perspektywy rowerzysty, na gorsze. Przede wszystkim piach. Dużo piachu. Na tyle dużo, że chyba tylko fatbike'm dałoby się przejechać. Więc, jak na wycieczkę rowerową, sporo było z buta. Normalnie z tych kilku odcinków bym się wycofał i szukał alternatywy, ale uparłem się więc brnąłem miejscami po kostki w piachu, byle do celu. Jak piachu było mniej to dało się jechać tak 16-17 km/h. No łba nie urywało. Jak już wydostałem się z lasu między Jerwonicami a Piorunówkiem (a i wcześniej w lasku pomiędzy Żabiczkami a Babicami trochę było odcinków pieszych..) to bardzo kiepskim asfaltem (nic się nie zmieniło) rzeźbiłem pod ostry wiatr. Za Lichawą było już lepiej, wiatr miałem z boku i nieco z tyłu więc zaczęło sie nadrabianie średniej ;). Dalsza część drogi to już była zupełna nowość dla mnie.
Za Górną Wolą odcinek po mega kiepskim bruku jakiego nie powstydziliby się pewnie na Paryż-Roubaix, a potem znów asfalty. I tu, a dokładnie miedzy Wilamowem a Chorzeszowem był chyba najfajniejszy odcinek tej wycieczki! Najpierw wąski, gładziudki asfalt przez bardzo urokliwy las, a potem szybki szuter. Generalnie cały czas 27-30 km/h na liczniku. Chyba, że akurat robiłem przypadkową fotę ;).
Dalsza część drogi to już znane asfalty w kierunku Kudrowic i powrót do domu przez Górkę Pabianicką i znienawidzona ulicę Maratońską...ta diablica ma to do siebie, że w stronę centrum miasta jest ciągle lekko pod górę, a do tego asfalt na poboczu pozostawia często wiele do życzenia. A że na dodatek najczęściej tamtędy się wraca, a nie zaczyna wycieczkę więc można naprawę mieć dość.
Czy warto było męczyć się przez te piachy? Jasne! Każda minuta na rowerze zwiększa nasze umiejętności. Starałem się w tym cholernym piachu jechać gdy tylko się dało. I co? I jeszcze tego samego dnia były odcinki z piachem, które jeszcze do niedawna przejechałbym znacznie ostrożniej i co za tym idzie wolniej niż miało to miejsce po opisanych przygodach. Innymi słowy sprawdza się stara prawda: trzeba jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć ile się da!
Komentarze