3 sierpnia 2017 - Laskowice Pomorskie - Karwieńskie Błoto 211 km

Stało się. Jeden cel na ten rok osiągnięty. Udało się pokonać barierę 200 km. Wyszło dokładnie 211,2 km. W celach na ten rok pisałem o brevecie ale celem było 200 km, udział w brevecie miał tylko mobilizować. Pomyślałem, że przecież nie lubię wyścigów i tym podobnych historii, wolę jeździć na swoich zasadach.

A nadarzyła się okazja. Żona z córką spędzały akurat czas nad morzem, postanowiłem więc do nich dołączyć. Początkowo myślałem o przejechaniu całej trasy Łódź – Karwieńskie Błoto. Jednak problemy ze znalezieniem noclegu, określeniem gdzie w ogóle ten nocleg miałby być oraz brak doświadczenia z tak długimi przelotami trochę mnie zniechęciły. Ciężko było mi powiedzieć, czy po przejechaniu jednego dnia 200 km byłbym w stanie przejechać następnego kolejne niemal 200.

Teraz już wiem, że raczej tak i to jest ogromna wartość dodana jaką wyniosłem z pokonania tak długiej trasy.

Koniec końców postanowiłem część trasy dojechać pociągiem tak, żeby do pokonania zostało 200, lub niewiele więcej, kilometrów. Fajnie się złożyło, że pociąg przejeżdżający przez Łódź w stronę Trójmiasta zatrzymuje się także w niewielkiej miejscowości znajdującej się na wysokości Grudziądza, Laskowicach Pomorskich. Bez problemu ułożyłem stamtąd kilka tras od 204 do 210 km, a do tego odpadała wątpliwa przyjemność przebijania się przez większe miasto.

Do tego pociąg ląduje w Laskowicach o 5.55 także miałem cały dzień na zmierzenie się z wyzwaniem.



Ze sobą musiałem zabrać buty na zmianę, coby mieć w czym chodzić na miejscu. Ze względu na mało obiecujące prognozy, postanowiłem także zabrać lekką rowerową kurtkę przeciwdeszczową z Decathlonu, lekką bluzę rowerową także z tego sklepu, komin na szyję/głowę oraz odzież termoaktywną.

Ponieważ wcześniej miałem okazję jeździć zarówno ze swoją dużą podsiodłówką jak i z samą uprzeżą Triglava wiedziałem, że jednak uprząż będzie lepszym wyjściem. Wbrew pozorom dostęp do rzeczy jest tylko w niewielkim stopniu bardziej utrudniony. Samo wyjmowanie i wkładanie worka do uprzęży nie jest jakoś upierdliwe. Przewaga jednak polega na tym, że nie buja rowerem (podsiodłówkę trzeba dobrze wypełnić i bardzo dobrze zamocować) i są kieszonki, w które wrzuciłem rzeczy, do których miałm potem dobry dostęp.



Pod siodłem miałem jeszcze małą narzędziówkę także Triglava, a na ramie torebkę Deutera.

W koszulce miałem tylko banany, telefon i kamerkę sportową do robienia zdjęć.

Jak już pisałem, pociąg lądował na miejscu dość wczesnym rankiem. Miało to jednak jeden minus. Musiałem pojawić się na dworcu o 1:30 w nocy. Udało mi się pospać dwie godziny w domu i potem kolejne dwie w pociągu. Rano jeszcze banan, woda i w drogę. Poranek był mglisty ale nie było jakoś bardzo chłodno. Bluzę oraz komin, które założyłem po opuszczeniu pociągu zdjąłem już w zasadzie po 30 minutach. Na 18 kilometrze złapała mnie mżawka. Pomyślałem „no to super, zaraz zacznie padać i cały dzień w deszczu będę jechał”. Nie było jednak tak źle. Pierwszy deszcz złapał mnie w zasadzie dopiero między Kościerzyną a Stężycą, gdzie zatrzymałem się na obiad w towarzystwie znajomych, którzy akurat spędzali tam wakacje. Był to około 113 kilometr, także akurat na dłuższy odpoczynek.



Po obiedzie ruszyłem dalej. Przede mną był najdłuższy i najtrudniejszy podjazd całego dnia za miejscowością Miechucino. W zasadzie największe nachylenie jest na symy początku tak do granicy lasu. Potem nie jest juz tak trudno. W lesie natomiast zaczęło kropić. Na górze planowałem postój ale ze względu na pogarszającą się pogodę, postanowiłem jechać dalej i szukać jakiejś wiaty. I udało się. Kilkaset metrów za wzniesieniem był parking z dwoma wiatami. Zdążyłem postawić pod nią rower i lunęło. Z lasu wyszły dwie kobiety a rowerem dojechał jeszcze jeden miejscowy. Zacinało tak, że krople nie spadały tylko na ławkę pośrodku wiaty. Udało się więc idealnie znaleźć schronienie. Po około 20 minutach przestało padać i pojechałem dalej. Po drodze miałem jeszcze kilka wzniesień ale tego się spodziewałem. Kilka lat wcześniej zjeździłem okolice Luzina rowerem.



Za Luzinem, w którym złapał mnie kolejny opad, okazało się, że droga, którą miałem jechać jest w remoncie...czekał mnie objazd częściowo dość ruchliwą drogą. Na szczęście nie był to długi odcinek ale kilka km do ‘rekordu’ doszło.







Około 180 km miałem mały kryzys, który minął już po kilku kilometrach. I tak, po kilku opadach, prawie bezwietrznej pogodzie i miłym chłodku (około 18-20 st. C) dotarłem do celu. Po wszystkim doszedłem do wniosku, że deszcz, którego się tak obawiałem, był lepszy niż ewentualny upał. Trzeba tylko pamiętać o tylnej lampce.

To, co mnie bardzo ucieszyło i z czego w pewnym stopniu byłem dumny to fakt, że miałem jeszcze siłę pobawić się ze stęsknioną Córcią i posiedzieć do późna z rodziną.

Zresztą bóle mięśni i tym podobne historie nie przyszły także w późniejszych dniach. A to znaczy, że byłem dobrze przygotowany.



 

 

[video width="1280" height="960" mp4="https://video.relive.cc/9696860211_strava_1502045525664.mp4"][/video]

Komentarze

Popularne posty