Młyny w Talarze

Czas nadrobić zaległości na blogu. W czerwcu tego roku odbyłem wycieczkę, o której myślałem już od dłuższego czasu. Kilka lat temu byłem z kolegą samochodem odwiedzić Skansen Lokomotyw w Karsznicach pod Zduńską Wolą. W drodze powrotnej odwiedziliśmy też Ldzań, a właściwie wioskę Talar, która od jakiegoś czasu jest częścią Ldzania. Stoją tam dwa drewniane młyny wodne, dość dobrze zachowane, a w jednym z nich znajduje się knajpa. Pomyślałem wtedy, że fajnie byłoby kiedyś przyjechać tu rowerem.

Tereny te, położone na południowy zachód od Pabianic, są mi chyba najmniej znane rowerowo i to był kolejny powód by ruszyć w tamtą stronę. Trasę postanowiłem rozpocząć od zachodu. Tym razem jednak, ujeżdżając już rower przełajowy, mogłem ominąć ruchliwą Maratońską i jechać przez niewielki las położony obok lotniska, a potem wzdłuż drogi biegnącej wokół lotniska zbudowanej z betonowych płyt, a raczej obok niej, wygodną ścieżką. Czyli, jak to nazywam: cyklistyka industrialna.

Potem Gorzew i długi podjazd pod Górkę Pabianicką, a za nią częściowo polnymi szutrami do Kudrowic. Tu kawałeczek asfaltem i znów w szutry w stronę Wymysłowa i trasy S14. Na szczęście wzdłuż S14 tylko jakieś 300 metrów jazdy i znów piękne drogi wiejskie, czasem szutrowe, czasem asfaltowe. Od Dobroni i przekroczenia trasy na Łask do Talara już same asfalty. Szybko więc docieram na miejsce. Na zewnątrz przy stołach knajpy siedziało kilkanaście osób, w tym spora reprezentacja braci rowerowej. Młyny są od 2008 roku własnością prywatną i noszą nazwę "Osada Dwa Młyny". Budynki stoją po obu brzegach rzeki Grabi, a przed nimi rzeka spiętrza się tworząc urokliwe rozlewisko.


Po odpoczynku w cieniu drzew i wrzuceniu czegoś na ząb ruszam dalej, na południe. Bez sensu byłoby już kierować się w stronę Łodzi, bo i wycieczka nie byłaby zbyt długa i trzeba by przebijać się przez Pabianice albo bardzo kombinować i, wreszcie, szkoda byłoby nie zobaczyć nowych terenów, które były już tak blisko.



Szosa wiodąca od młynów na południe w kierunku Gucina jest bardzo urokliwa. Wąski asfalt wiodący przez las, o bardzo małym, a właściwie prawie żadnym natężeniu ruchu. No, chyba że mówimy o tych kilku rowerzystach, których mijam po drodze. Po przejechaniu Gucina a dokładnie drogi nr 473 asfalt wciąż biegnie w lesie. Początkowo jednak jest on poprzerywany pojedynczymi działkami i domostwami by potem znów prowadzić przez piękny las, w którym na pierwszym leśnym skrzyżowaniu dróg asfaltowych skręcam w stronę Grzeszyna. Z końcem wsi kończy się też asfalt i droga zamienia się w leśny dukt, którym dostaję się do wsi Zabłoty. Po około 500 metrach jazdy na północ czeka mnie około kilometr drogą 473 i znów uciekam w małe wiejskie drogi. I do Dłutowa w zasadzie same szutry, no może 1 km asfaltu.



Z Dłutowa przez znane podłódzkie wsie letniskowe: Bądzyń, Zofiówkę i Rydzynki szybko dotarłem do Łodzi.

Trasa bardzo urokliwa i w sumie chętnie ją powtórzę. A, jeszcze trochę z premedytacją "pobłądziłem", a raczej nie wybrałem najbardziej oczywistego wariantu, jadąc przez łódzką Rudę. Czyli znów cyklistyka industrialna, co ma naprawdę swój urok. Tym razem nie obyło się bez przebijania się przez krzaki wąską ścieżką wydeptaną przez tubylców, przekraczałem też jedną z setek małych rzeczek normalnie płynących pod miastem. Tu jednak jedną z nich można było podziwiać w pełnym słońcu.

 

Komentarze

Popularne posty