Recepta
Mimo, iż nie jestem jakimś kinomaniakiem, co jakiś czas słyszę o jakże trudnej sytuacji polskiego kina. Po premierze filmu „Wino truskawkowe” jakoś mnie to nie dziwi. Nie, nie chodzi o to, że film jest słaby. O to nie może chodzić, bo nie mam pojęcia jaki jest, gdyż w jednym z największych miast Polski nie można zobaczyć tego, bądź co bądź, także polskiego dzieła. Niezrozumiały również jest dla mnie fakt, że Premiera światowa tej polsko-słowackiej koprodukcji miała miejsce na początku kwietnia ubiegłego roku, podczas gdy do kin polskich film wszedł 8 maja tego roku. Przy czym w ‘filmowej’ Łodzi nie zobaczy się go przed 22 maja. Gdzie tu sens, gdzie logika pytam?
Poza tym, gdyby nie przypadek, nawet nie dowiedziałbym się, że taki film w ogóle istnieje, bądź usłyszałbym o nim rok po premierze (polskiej, nie światowej). Zero reklam, zwiastunów, jakiejkolwiek promocji. A filmy są przecież towarami, robi się je dla ludzi, którzy płacąc za ich oglądanie, mają pośredni wkład w powstanie kolejnej produkcji. Jeśli ktoś chce koniecznie robić filmy niszowe, do których dotrą tylko prawdziwi fani kina, to niech potem nie narzeka, że w polskim filmie źle się dzieje.
Wracając do hipotetycznej sytuacji, w której o tymże filmie dowiedziałem się rok po polskiej premierze. Ponieważ na pewno nie byłbym jedyną taką osobą, film zdążyłby (zdąży) zaliczyć klapę z powodu małej oglądalności. Co gorsze, ponieważ nie będzie go można zobaczyć za rok w żadnym kinie, powstanie drugi obieg filmu, zwany także piractwem.
Jaka jest recepta na tą sytuację? Można robić filmy od razu wytłaczane na niezabezpieczonych płytach. To oczywiście żart.
Na pewno natomiast warto zainwestować w promocję, choćby w internecie. Tańsza to, w porównaniu z reklamą w telewizji, a równie skuteczna alternatywa. Następnie premierę filmu należy zrobić najpierw w ojczystym kraju, a potem na świecie. No i warto by było zadbać, żeby wszystkie duże miasta miały szansę od dnia premiery obejrzeć nasze dzieło.
Wydaje się, że powyższe rzeczy są oczywiste. Chociaż może się mylę, w sumie ja tylko zwykłym widzem jestem. Laikiem.
Szkoda mi po prostu tego filmu, który i tak w końcu obejrzę, bo i obsada i osoba scenarzysty (chodzi mi głównie o Andrzeja Stasiuka) powodują, że film ten naprawdę może być ciekawym dziełem.
Poza tym, gdyby nie przypadek, nawet nie dowiedziałbym się, że taki film w ogóle istnieje, bądź usłyszałbym o nim rok po premierze (polskiej, nie światowej). Zero reklam, zwiastunów, jakiejkolwiek promocji. A filmy są przecież towarami, robi się je dla ludzi, którzy płacąc za ich oglądanie, mają pośredni wkład w powstanie kolejnej produkcji. Jeśli ktoś chce koniecznie robić filmy niszowe, do których dotrą tylko prawdziwi fani kina, to niech potem nie narzeka, że w polskim filmie źle się dzieje.
Wracając do hipotetycznej sytuacji, w której o tymże filmie dowiedziałem się rok po polskiej premierze. Ponieważ na pewno nie byłbym jedyną taką osobą, film zdążyłby (zdąży) zaliczyć klapę z powodu małej oglądalności. Co gorsze, ponieważ nie będzie go można zobaczyć za rok w żadnym kinie, powstanie drugi obieg filmu, zwany także piractwem.
Jaka jest recepta na tą sytuację? Można robić filmy od razu wytłaczane na niezabezpieczonych płytach. To oczywiście żart.
Na pewno natomiast warto zainwestować w promocję, choćby w internecie. Tańsza to, w porównaniu z reklamą w telewizji, a równie skuteczna alternatywa. Następnie premierę filmu należy zrobić najpierw w ojczystym kraju, a potem na świecie. No i warto by było zadbać, żeby wszystkie duże miasta miały szansę od dnia premiery obejrzeć nasze dzieło.
Wydaje się, że powyższe rzeczy są oczywiste. Chociaż może się mylę, w sumie ja tylko zwykłym widzem jestem. Laikiem.
Szkoda mi po prostu tego filmu, który i tak w końcu obejrzę, bo i obsada i osoba scenarzysty (chodzi mi głównie o Andrzeja Stasiuka) powodują, że film ten naprawdę może być ciekawym dziełem.
Komentarze