Warszawka, lans i inne bzdury
Jadę rano do pracy autobusem. W niedalekiej odległości stoi facet i czyta pismo święte. Po kilku minutach zamyka je i patrzy w dal. Gdy kolejny raz na niego zerkam, widzę że porusza bezgłośnie wargami. Modli się.
Tego typu sytuacje uświadamiają mi, że jestem w Warszawie. Myślę, że w bardziej zdroworozsądkowej, trochę małomiasteczkowej, zakompleksionej, ba wiejskiej nawet ale mojej ukochanej Łodzi, ktoś mógłby zwrócić szyderczo takiemu facetowi uwagę, że to nie miejsce i czas. Nie oceniam czy to dobrze czy źle.
Być może w Warszawie więcej jest różnego rodzaju mniej lub bardziej ciekawych przypadków ludzkich, gdyż ona sama jest większa niż Łódź. Także prawdopodobieństwo spotkania kogoś w ten czy inny sposób oryginalnego jest większe. A może jest bardziej ‘światowa’, może bliżej jej do naprawdę wielkich metropolii?
Nie mieszkam tu długo. Ale czasem półtora miesiąca wystarczy by poczynić pewne obserwacje. O ile na początku to miasto wydawało mi się naprawdę duże, tętniące życiem i rozwijające się, o tyle teraz jest…jak cała Polska. Niby już rozwinięte, ale jeszcze jakby ‘niedo’, niby wieżowce, ale nadal tych wartych uwagi jedynie kilka, niby ludzie bardziej żadni sukcesu, prozachodni (ani jednego ani drugiego osobiście nie odnotowałem), a jednak zwykli, najczęściej wręcz swojscy.
Nie widziałem tu i nie poznałem wywyższających się bufonów (za to gdzie indziej i owszem), lanserów ani tym podobnych. Faktem jest, że ‘nie bywam’, piszę tu raczej o ludziach z mojej pracy oraz tych zaobserwowanych na co dzień na ulicach, dworcach w autobusach. Nie zauważyłem, żeby ludzie gonili tylko za kasą i walczyli o każdy grosik niczym dziwki w kiślu.
Przyjechałem tu, bo w moim ukochanym mieście niestety nie mogłem znaleźć satysfakcjonującej pracy. Głowę miałem nafaszerowaną różnymi dziwnymi opiniami na temat ‘warszawki’. Teraz jestem jednak skłonny stwierdzić, że my, łodzianie mamy jednak i to nie mały kompleks ‘warszawki’…auć, wyprowadziłem cios, wymierzony także w siebie, uhhh.
Problem w tym, że ja w tej naszej zakompleksionej, wiejskiej Łodzi czuję się najlepiej. Nie wiem na czym to polega, według mnie chodzi o ludzi, którzy aby nie zwariować, nie żyć w ciągłym przygnębieniu, że przyszło im mieszkać w (kiedyś, teraz Łódź wygląda znacznie lepiej) szarym i brudnym mieście, sami stają się wyjątkowi. Spotykają się na Pietrynie, tak jak spotykają się dzieci na wsiach na jedynej ulicy. I wszyscy żyją tymi samymi problemami, wspólnie. Tego w Warszawie nie uświadczysz.
Tego typu sytuacje uświadamiają mi, że jestem w Warszawie. Myślę, że w bardziej zdroworozsądkowej, trochę małomiasteczkowej, zakompleksionej, ba wiejskiej nawet ale mojej ukochanej Łodzi, ktoś mógłby zwrócić szyderczo takiemu facetowi uwagę, że to nie miejsce i czas. Nie oceniam czy to dobrze czy źle.
Być może w Warszawie więcej jest różnego rodzaju mniej lub bardziej ciekawych przypadków ludzkich, gdyż ona sama jest większa niż Łódź. Także prawdopodobieństwo spotkania kogoś w ten czy inny sposób oryginalnego jest większe. A może jest bardziej ‘światowa’, może bliżej jej do naprawdę wielkich metropolii?
Nie mieszkam tu długo. Ale czasem półtora miesiąca wystarczy by poczynić pewne obserwacje. O ile na początku to miasto wydawało mi się naprawdę duże, tętniące życiem i rozwijające się, o tyle teraz jest…jak cała Polska. Niby już rozwinięte, ale jeszcze jakby ‘niedo’, niby wieżowce, ale nadal tych wartych uwagi jedynie kilka, niby ludzie bardziej żadni sukcesu, prozachodni (ani jednego ani drugiego osobiście nie odnotowałem), a jednak zwykli, najczęściej wręcz swojscy.
Nie widziałem tu i nie poznałem wywyższających się bufonów (za to gdzie indziej i owszem), lanserów ani tym podobnych. Faktem jest, że ‘nie bywam’, piszę tu raczej o ludziach z mojej pracy oraz tych zaobserwowanych na co dzień na ulicach, dworcach w autobusach. Nie zauważyłem, żeby ludzie gonili tylko za kasą i walczyli o każdy grosik niczym dziwki w kiślu.
Przyjechałem tu, bo w moim ukochanym mieście niestety nie mogłem znaleźć satysfakcjonującej pracy. Głowę miałem nafaszerowaną różnymi dziwnymi opiniami na temat ‘warszawki’. Teraz jestem jednak skłonny stwierdzić, że my, łodzianie mamy jednak i to nie mały kompleks ‘warszawki’…auć, wyprowadziłem cios, wymierzony także w siebie, uhhh.
Problem w tym, że ja w tej naszej zakompleksionej, wiejskiej Łodzi czuję się najlepiej. Nie wiem na czym to polega, według mnie chodzi o ludzi, którzy aby nie zwariować, nie żyć w ciągłym przygnębieniu, że przyszło im mieszkać w (kiedyś, teraz Łódź wygląda znacznie lepiej) szarym i brudnym mieście, sami stają się wyjątkowi. Spotykają się na Pietrynie, tak jak spotykają się dzieci na wsiach na jedynej ulicy. I wszyscy żyją tymi samymi problemami, wspólnie. Tego w Warszawie nie uświadczysz.
Komentarze